Drugie narodziny matki

Nie jest prawdą, że my, kobiety, przychodzimy na świat z zakodowanym gdzieś w genach instynktem macierzyńskim. Wiele z nas, współczesnych pań, wręcz twierdzi, że nie lubi dzieci. Ja też do nich należałam, kiedyś, w innym życiu. Teraz, z perspektywy czasu rozważając tą kwestię, wysuwam hipotezę, iż owa niechęć, u ludzi płci obojga, bierze się z niewiedzy. Kiedyś żyło się w rodzinach, społecznościach bardziej zróżnicowanych pod względem wieku, była więc i szansa na „oswojenie się” z tymi najmłodszymi przedstawicielami gatunku. Po prostu.


W połowie sierpnia minionego roku

a więc pół roku temu, jako mama urodziłam się po raz drugi. Teraz, kiedy poród nie był indukowany sztucznymi metodami, bez farmakologicznej oksytocyny, wyglądało to wszystko inaczej. Przy Damacjuszu nie od razu załączyło mi się macierzyństwo, nie od razu zaskoczył ów instynkt, nie od razu poczułam się stuprocentowo odpowiedzialna za to maleństwo. Może też z braku doświadczenia, w poczuciu zagubienia, wywołanej hormonami bezradności nie walczyłam o niego tak, jak o Milo. Wierzyłam, że położne, lekarze pracujący w szpitalu znają się lepiej i ufałam ich osądowi, czasem wbrew własnej intuicji. Często zupełnie niepotrzebnie. Racja, teraz miałam też więcej wiedzy, którą na dobrą sprawę zaczęłam zgłębiać dopiero po narodzinach Damacjusza. I więcej świadomości o niskim poziomie tejże u personelu medycznego. A mam tu na myśli szeroko pojętą wiedzę między innymi o karmieniu piersią.

__________
W tym miejscu pozwolę sobie na małą dygresję. Zapewne jak każdy bloger, a przynajmniej zdecydowana ich większość, odbywam sobie czasami rajdy po nieznanych mi blogach. Takie na zasadzie, że wchodzisz do jakiejś persony poprzez jej komentarz u kogoś itd. Dawno temu zawędrowałam w taki sposób na bloga parentingowego (nie wiem, czy obecnie jest moda na takie blogi, czy też po prostu wcześniej, bezdzietną będąc duszyczką, nie zwracałam na nie uwagi) pewnej, nazwijmy ją sobie, Anny. Jednak zabawiłam tam dość krótko, rozgniewał, czy lepiej rzec: zbulwersował mnie jeden post. O karmieniu piersią. A raczej – terrorze laktacyjnym (kolejny bardzo modny termin). I nie, nie zbulwersowało mnie meritum, szybko bowiem zauważyłam, że świat matek podzielony jest wszerz i wzdłuż po różnych trajektoriach, a wśród nich jednym z prym wiodących jest front biegnący pomiędzy tymi karmiącymi piersią, a tymi „butelkowymi”. Gdzie z obu stron padają oskarżenia o terror, laktacyjny, bądź butelkowy. Co mnie natomiast w rzeczonym tekście uderzyło w sam środek twarzoczaszki, mocno, jak dwuręczna maca dzierżona przez wysokolevelowego tankera, który w swój ekwipunek ładował znacznie więcej pieniędzy niż ja, to mianowicie konstatacja, iż jest wiele głupich matek, które śmią podważać zdanie swojego pediatry. Cios naprawdę był straszliwy, gdyż ja, musicie wiedzieć, stoję dzielnie w pierwszym szeregu tychże głupich matek (i pałuję się przez to już z piątą pediatrą swych pociech – długa historia, na oddzielny wpis raczej). No nic; choć zawrzało we mnie, postanowiłam, że lepiej zrobię kulturalnie, po angielsku, zamykając zakładkę z tym blogiem, zamiast rozpętywać jakąś gównoburzę (kolejne modne słowo) na inwektywy w komentarzach. (+10 do opanowania!) Ciąg dalszy tej historii jest taki, iż ostatnimi czasy natrafiłam na jednym z czytanych blogów na jakieś komentarze owej Anny i postanowiłam dać jej jeszcze jedną szansę. Wchodzę na jej blog. I traf chce, że w polecanych wpisach jest akurat ten o laktoterrorze, a ja, nie kojarząc po tytule, że to właśnie on zraził mnie do Anny poprzednim razem, zaczynam go czytać. W taki to sposób Anna nie zyskała nowego czytelnika po raz wtóry. Koniec dygresji.

Na narodziny Milo

wybrałam inny niż poprzednio szpital. Wybrałam bardziej świadomie i kierując się zupełnie innymi niż przy narodzinach Damacjusza priorytetami. I byłam bardzo zadowolona, mimo, na przykład, mikrej sali porodowej, takiej gdzie wszystko przyćmiewa wielgachne łóżko porodowe, stercząc pośrodku dojmującego braku worków sako, prysznica, drabinek, czy innych takich fantazyjnych sprzętów, jak ponure narzędzie tortur. Oraz mimo zagłuszającego wszystko bólu przy porodzie, o którego rychły koniec, choćby i w postaci pioruna strzelającego we mnie i ucinającego od ręki te katusze modliłam się w mini przerwach między skurczami, rzecz jasna. (Na marginesie – co najrozsądniejszego może zrobić rodząca w ciągu tych kilku minut pomiędzy skurczami? Oczywiście drzemać! A co najgłupszego może wtedy robić mąż rodzącej? Szturchać ją ze słowami: „ej, ale mi tu nie zasypiaj!” Jak nazywamy takiego pana? SADYSTĄ.)

Personel, tak położne jak i lekarki i lekarze, po porodzie* okazali się w zdecydowanej większości fantastycznymi ludźmi, dobrymi w swym fachu. Jednakże…

__________

* Tu pozwolę sobie na kolejną dygresję, gdyż muszę to wyrzygać, przepracować, przepłakać i wyżalić się, a gdzie to zrobić, jak nie na swoim blogu (zwłaszcza jak rodzina bagatelizuje twoje przeżycia, no bo grunt, że masz to za sobą, no i najważniejsze, że dziecko jest zdrowe, co jest takoż straszne, co wnerwiające). Lojalnie ostrzegam, że poniżej znajduje się, choć może niekoniecznie krwawy, to jednak zawsze jakiś tam opis porodu – komu takie rzeczy nie odpowiadają, niech przeskoczy do: „Opieka nad mamą i dzieckiem”.
Otóż przed porodem, podobnie jak to miało miejsce przy narodzinach pierworodnej latorośli, traktowano mnie trochę jak przesadnie dramatyzującą histeryczkę – przynajmniej do czasu, aż nie okazało się, że mam rację i mimo, iż ktg nie wykazuje zbyt wielkich skurczy, to one naprawdę dają mi łupnia, bo i poród już trwa. I przy obu chłopakach położne zareagowały pełnym politowania niedowierzaniem, gdy oznajmiłam im o skurczach partych, no bo przecież „pani to tu jeszcze kilka dobrych godzin poleży zanim coś się zadzieje”, i przy obu zakrzyknęły z jeszcze większym zdumieniem w trakcie bez mała wymuszonego na nich badania: „ojej, rzeczywiście!!” Choć tym razem przynajmniej położna miała już przygotowane stanowisko dla noworodka i obyło się bez idiotycznych próśb bym „spróbowała powstrzymać skurcze”, żeby ona zdążyła je ogarnąć. Od momentu, w którym doszłyśmy z prowadzącą mój poród położną do consensusu, to jest w którym przyznała, że jednak rzeczywiście akcja hula w najlepsze, co może potencjalnie świadczyć o tym, że jednak wiem co mówię, dogadywałyśmy się o niebo lepiej. Choć nadal nie widziałam – i do dziś nie widzę – w porodzie nic mistycznego, wręcz przeciwnie, tak bardzo nie mogłam doczekać się końca tego pełnego bólu, krwi, potu i tak strasznej suchości w ustach aktu. (To ostatnie dlatego, że nie pozwolono mi pić. Gdyby mi ktoś o takiej możliwości powiedział przed porodem, to bym wyśmiała, no bo jak to – przecież są standardy, eblebeble. Ale wówczas, w tym stanie, było mi już totalnie wszystko jedno i choć do dziś wspominam ze zgrozą tamto palące uczucie pragnienia i wyschnięte na wiór gardło oraz usta, to nie miałam za grosz sił by się o to z kimkolwiek spierać, czy męża namawiać, by robił to za mnie.) Tak dalece w moim postrzeganiu poród jest odarty z wszelkiego mistycyzmu, że za bezbrzeżnie głupią uznałam w duchu propozycję teraz-już-do-rany-przyłóż położnej, którą zarejestrowałam gdzieś na krańcach świadomości: „czy chce pani dotknąć główki dziecka?„Że co? – pomyślałam – na litość, ja chcę, żeby to dziecko już wreszcie wyszło, a nie smyrać je po główce w trakcie!” Jednak stanęłam na wysokości zadania i, jak przystało na grzeczną i bezproblemową pacjentkę, pogłaskałam uwięzionego w połowie drogi Milo po kosmatym łebku. I naprawdę nie mam wrażenia, by ten czyn cokolwiek zmienił w moim życiu, odbiorze porodu, czy moim uczuciu do Mila. Może zimna flądra jestem, ale… no nie.

Opieka nad mamą i dzieckiem

to już była, jak wspomniałam, inna para kaloszy, nie obyło się jednak, niestety, bez zgrzytów. I pomijam kwestię światła w pokoju, silnie zabarwionego na niebiesko za sprawą rozwieszonych na zewnątrz folii w takimż kolorze, gdyż budynek szpitala przechodził właśnie remont. Choć podejrzewam, iż mogło się to w jakiś sposób przyczynić do tego, że wszystkim noworodkom w pokoju fizjologiczna żółtaczka utrzymywała się dłużej niż zazwyczaj.

Tak więc nie uniknęłam nie do końca uradowanych spojrzeń, kiedy każdorazowo chciałam towarzyszyć Milowi przy szczepieniach, pobieraniu krwi, czy innych zabiegach (standard i każdy rodzic – no i dziecko – ma do tego święte prawo). Nie uniknęłam drobnej, ale bardzo mnie stresującej walki o karmienie piersią, kiedy po założonych przez pediatrę dwóch godzinach od zabiegu podcięcia wędzidełka Milo nie był zainteresowany jedzeniem. (Acz za samo podcięcie wielkie brawa, gdyż w poprzednio wybranym szpitalu uparcie mi wmawiano, że z językiem Damacjusza wszystko jest ok, ale za to ja mam niezbyt dobre do karmienia piersi. Przez co trzeba było jeździć w kilka tygodni później do szpitala dziecięcego na zabieg. Pozdrawiam cię, Anno!) To ja musiałam wychodzić z propozycją, że może podamy dziecku moje mleko łyżeczką, albo strzykawką, gdyż lekarka wyszła z założenia, że najlepiej spróbować z mieszanką. Tyleż bardziej niedorzeczne w zestawieniu z faktem, że na korytarzu przed stanowiskiem położnych leżały wydane przez Ministerstwo Zdrowia obszerne (tak objętościowo, jak i jakościowo – wiem, bo oczywiście wzięłam, ciekawa czy informacje w niej zawarte są rzetelne. Były.) broszury mające zachęcać do karmienia naturalnego. Postawiłam na swoim (zgodnym z wytycznymi MZ) i odniosłam sukces. Ha!

Czarę goryczy

przepełniła informacja, że ja dostaję wypis i mogę wracać do domu, ale… Milo ma zostać. Sam. Dwudniowe dziecko. Tak, z uwagi na przedłużającą się żółtaczkę. Już pomijam nawet, że dziecko karmione piersią, ale chodzi o sam fakt – że mam zostawić w szpitalu samego noworodka. Nie zależało mi bynajmniej wcale na tym, żeby zagwarantowano mi specjalnie miejsce w szpitalu, łóżko i wyżywienie. Otóż chciałam po prostu zostać przy dziecku, przy tej płaczącej za ciepłem mamy kruszynce. To porażające, że ludzie, a już zwłaszcza położne, pediatrzy, i inny personel pracujący przy noworodkach zdają się tak często nie traktować ich jak małych LUDZI, mających taką podstawową potrzebę jak bliskość mamy. W momencie, kiedy poinformowano mnie, że nie mogę chociażby siedzieć przy nim na niewygodnym zydelku (kobieta w trzeciej dobie po porodzie, przypomnijmy. W tym stanie, gdzie ledwo da się wysiedzieć i na miękkim łóżku, kiedy pocisz się jak świnia, temperaturę masz w okolicach 36,0, jest ci słabo i w zasadzie właśnie leci trzecia doba bez choćby dwóch godzin przespanych ciurkiem) obudził się we mnie straszny bunt i wola walki. No bo hej, a Prawa Małego Pacjenta?! Tak, ja wiem, że kiedyś, jeszcze nie tak dawno, rodzice nie mogli towarzyszyć swoim dzieciom w szpitalu. Że pokolenie naszych mam musiało zostawiać nieletnich nas na czas hospitalizacji tam samych. Ale czasy się zmieniły, wiedza poszła znacząco do przodu, także ta o rozwoju dziecięcego mózgu i o znaczeniu, jakie dla kuracji ma poczucie bezpieczeństwa i związana z nim obecność bliskiej osoby. Jak to możliwe, że ja tą wiedzę i świadomość miałam, natomiast szpitalny personel od noworodków… najwyraźniej nie? (I co mi na to powiesz, Anno, hę?)

Zgrzytając zębami dałam się wygonić z „noworodków” na korytarz, ale stamtąd już nie zamierzałam dać się wyrzucić. Koczowałam, „wbrew regulaminowi” (według personelu), umościwszy sobie przywieziony przez męża koc na twardym krzesełku, na którym przycupnęłam półdupkiem, z pierwszym tomem opowiadań o wiedźminie, Waszymi blogami w telefonie i zapasem wody oraz różnych słodkich batoników w roli pożywienia, podczas gdy za drzwiami na drugim końcu kilkunastometrowego korytarza, w specjalnym naświetlaczu, leżał Milo, moje maleństwo. Tyle miało mi wystarczyć, że ilekroć sygnalizował, że jest głodny (a wszakże płacz jest PÓŹNĄ oznaką głodu i nie powinno się czekać z karmieniem aż on wystąpi), dyżurująca położna dzwoniła po mnie, a wtedy ja pędziłam dziecięciu na odsiecz, każdym krokiem rozsiewając wokół aurę bezsilnej furii. Spędziliśmy tam, chwała Bogu, tylko jedną noc, ale bardzo przykre było to patrzenie na pozostawione tam bez mam (bądź ojców), zanoszące się płaczem maluchy w inkubatorach, „wanienkach”, czy innych naświetlaczach.
[I wiecie, ja nie opisuję sytuacji ze szpitala czwartego wyboru w jakimś pipidówku. To był szpital wojewódzki w jednym z największych miast Polski. Rok 2019.]
W tym wszystkim chcę wspomnieć o jednej przecudownej położnej (choć kilka z nich zdawało się mi współczuć i kibicować), która, w konspiracji nieledwie, pozwoliła mi spać w wolnej salce robiącej za składzik. Do dzisiaj jestem jej niewypowiedzianie wdzięczna za ten przejaw dobrego serca i pewnie jeszcze długo będę. Niby tylko jedna noc, ale w tym stanie psychofizycznym, w jakim się wówczas znajdowałam, w tym szaleństwie poporodowych hormonów i jak najbardziej cielesnych dolegliwości miałam wrażenie jakby trwała ona o wiele dłużej niż cały mój wcześniejszy „oficjalny” pobyt, od przyjęcia, do wypisu.
Całe szczęście następnego dnia wyniki badań Mila pozwoliły nam wreszcie pojechać do domu. I tak zaczęła się moja pasjonująca przygoda z podwójnym macierzyństwem, pełna wzlotów w przestworza zachwytu, upadków na pysk i momentów, w których zastanawiam się, czy lepiej wiać gdzie pieprz rośnie, czy jednak dokonać brutalnego mordu na trzylatku.**

_________________

** Nie no, nie martwcie się, jakoś dam radę. W pobliżu przyjmuje psychiatra.

_________________

A tak już poważniej, w razie gdyby któraś z mych latorośli miała to kiedyś czytać, a czas miałby pokazać, że nie posiada poczucia humoru zbliżonego do matki – kocham Was, chłopaki!

25 myśli na temat “Drugie narodziny matki

          1. …ja nie. Mamy słabe pogotowie dla dzieci, więc jak tylko mogę korzystam ze zwykłego pediatry, wolę, by był pod ręką, bo z 39 to trochę słabo jechać godzinę. Ale jako się rzekło, to tylko dlatego, że pogotowie słabe. Jak sobie przypomnę pewnego Hindusa [lekarza sor-u dziecięcego] to krew mnie zalewa, dziecko by mi wykończył. Dobrze, że był pediatra dnia następnego. …było iść na medycynę :(((

            Polubione przez 1 osoba

          2. Ech, dokładnie tak samo sobie mówię. Trzeba było zostać pediatrą, psychologiem dziecięcym, ewentualnie jakimś fizjoterapeutą. To się człowiekowi humanistyki zachciało…

            Oczywiście zgadzam się, że najlepiej jest mieć jakiegoś zaufanego pediatrę pod ręką, a najlepiej to jeszcze takiego, którego można o każdej porze dnia i nocy zadzwonić i zawezwać, gdy jest potrzeba. Nie ustaję więc w wysiłkach szukania kogoś w pobliżu, choćby i płatnie.
            Ale przeprowadzać się nie bardzo chcę, swoje (nieledwie) wymarzone miejsce już znalazłam 🥰

            Polubienie

  1. Aż ciężko polubić, ale lubię za cudowny styl i dygresje. A przeżyć serdecznie współczuję.
    Natomiast co do tego zostania w szpitalu z noworodkiem, to zgadzam się, że tak nie powinno być. Niemniej jednak przedstawię sytuację z drugiego punktu widzenia.
    Moje trzecie dziecko rodziłam w szpitalu, który był specjalnie przystosowany do wczesniakow. Zdarzaly się dzieci, które leżały tam w inkubatorach tygodniami. Los chciał, że mojego po wypisie się pogorszyło i groziło mu, że wyląduje z powrotem w szpitalu. Mnie jednak nie chcieli z nim przyjąć. Byłam zrozpaczona. Pani doktor wytłumaczyła mi, że jeśli położą mnie na jakiejś sali, to zajmę miejsce kobiecie w zagrożonej ciąży. Na koczowanie na korytarzu też mi nie pozwolono że względów epidemiologicznych. Udało się wtedy znaleźć inny szpital, a potem okazalo się, że da się jednak w domu, więc uff.
    Do czego zmierzam, bo chyba to niejasne. No cóż, z jednej strony chce się chyba połączyć w bólu, bo pamiętam swoje przerażenie na myśl, że miałabym takiego malucha na noc czy dwie zostawić. Z drugiej – rozumiem też personel szpitala i ich decyzję. Tam tych noworodków w inkubatorach było mnóstwo. Gdyby przy każdym mieszkała na stałe mama, zwyczajnie nie starczyłoby miejsc na przyjmowanie nowych zagrożonych porodów i na patologii ciazy. Lekarze koncentrowali się na ratowaniu życia. I tu nasuwa się pytanie, czy usilowac ratować więcej żyć, ale za cenę komfortu wszystkich, nawet ryzyka utraty pewnej bliskości, czy mniej, ale właśnie za pewna cenę, która płacą i noworodki, i ich mamy.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Tak, masz rację, rozumiem to. W tym szpitalu, gdzie byłam ta salka z maluchami rzeczywiście miała mikre rozmiary. I z jednej strony, tak jak Ty, w pełni rozumiem powagę wyboru przed jakim stoją wówczas lekarze/położne i oczywistym wydaje się, co powinni wybrać – przede wszystkim niesienie pomocy jak największej ilości pacjentów. I tak sobie myślę, że może jakoś inaczej bym tą kwestię przeżyła, gdyby ktoś z personelu ze mną na spokojnie usiadł i ją rzeczowo przegadał.
      A w ogóle to – wiadomo – za mało pieniędzy przeznacza się na szpitale. Niby wszyscy to wiedzą, a wciąż tak jest.

      Polubione przez 1 osoba

        1. Yyy, niet i nie mam pojęcia o co chodzi? Ja tu odcięta w ogóle od informacji, po części i z wyboru, bo nie trzeba mi więcej powodów do stresu 😉
          Ale jak już zaczęłaś, to dawaj 🙂

          Polubienie

  2. Ale… dlaczego nie moglas pić podczas porodu? W ogole? Przez caly porod? Ile godzin rodzilas? Czy to zalezy od dlugosci? Czy ja z moimi 16-oma godzinami zakwalifikowalabym sie na szklanke wody? Mi przy obu porodach polozne donosily cale dzbany wody ze stukajacymi w srodku rozkosznie kostkami lodu i kiedy rzeź (to jedyne slowo w pelni oddajace to doswiadczenie) nabrala tempa, kazaly mi pić po kazdym skurczu.

    Dla mnie dotkniecie glowki bylo mega pozytywnym doswiadczeniem 🙂 Ja juz serio myslalam ze nie dam rady, mialam za soba ponad 2 godziny parcia, arbuz ważący 4.1kg nie chcial ze mnie wyjsc, wiec te mieciusie wloski daly mi mega kopa motywacji i to wtedy w pelni do mnie mnie dotarlo ze ja naprawde RODZĘ haha i zaraz koncze 🙂

    Na zdjeciu glownym jest Milo z zoltaczka? Bo wyglada to koszmarnie! To zoltaczka jest taka grozna? Ja myslalam ze to calkiem „rutynowa” przypadlosc? A tu inkubator jakis i rurki?? :O

    Polubienie

    1. Nie mogłam pić bodajże w fazie parcia (więc to chyba cała druga?), a dlaczego to nie wiem, nie miałam sił pytać. Przez większą część porodu „leżałam” w pokoju z dwoma innymi dziewczynami na patologii ciąży, bo zakładano, że to jeszcze nie poród. Na porodówkę szłam ze skurczami chyba co minutę, no i tam już długo nie zabawiłam – z 3, czy 4 h (z czego ponad 2h to też było parcie).
      Hehe, u mnie arbuzik tylko nieznacznie mniejszy – nieco poniżej 4,1kg, choć lekarz badający mnie przy przyjęciu, niecałe pół doby wcześniej orzekł, że będzie ok 3,5kg 😉

      Rzeź to bardzo dobre określenie!

      Polubienie

  3. Ech, te porody…
    Słuchaj, ja trafiam na tkich lekarzy, że gdyby nie mój rozum, to już dawno by mi dzieci wykończyli 😉 Standardem u nas jest szczepienie chorych dzieci, bo w końcu to „tylko katar” więc jestem na czarnej liście w mojej przychodni jeśli chodzi o Lola.

    Przeszłaś Ty swoje, biedna, przy młodszym…ale to nieludzkie, żeby tak wykopywać matki. Też nie dałabym się wyrzucić!

    Tulę całe Wasze stado!

    Polubione przez 1 osoba

    1. Wiesz, nie wiem, czy gdyby taka akcja zdarzyła się przy Damacjuszu, to nie dałabym się jednak wyrzucić. A potem plułabym sobie w brodę przez kilka następnych lat, oczywiście.

      Ech, ci pediatrzy :/ Niby przeziębienie nie jest przeciwwskazaniem do szczepienia, ale ja też wolę dmuchać na zimne.

      Polubione przez 1 osoba

  4. Współczuję przeżyć! Ileż te matki, kobiety mają w sobie siły!
    Pamiętam, że jak mój brat w 95 roku, mając 4 miesiące dostał zapalenia płuc i o dziwo, 25 lat wstecz standardem było już, że matki są z dziećmi, były nawet krzesełka rozkładane! Aczkolwiek mama wolała materac. Ale nikt rodziców nie wyrzucał od dzieci…

    Polubione przez 2 ludzi

    1. W szpitalu dziecięcym jak byliśmy z rocznym Damacjuszem to też jak najbardziej rodzic mógł zostać, choć zazwyczaj też na krzesełkach. Najwyraźniej z noworodkami jest zupełnie inaczej. I teraz tak się zastanawiam… czy to czasem nie jest wygodnictwo, w obu przypadkach? Przy noworodkach – wygodniej personelowi robić wszystko samemu, i jak nikt na ręce nie patrzy i pod nogami się nie plącze. Nakarmienie z butelki i przewinięcie takiego malucha jest dla wprawionego personelu żadnym wyzwaniem. Przy dzieciach nieco starszych – wygodniej, gdy rodzic przejmie na siebie karmienie, usypianie, zabawianie, przebieranie, noszenie na określone zabiegi, podawanie przyniesionych przez pielęgniarkę leków, a jeszcze wesprze w uspokojeniu dziecka przed pobraniem krwi, zastrzykiem itd.

      Polubienie

  5. Oh. Wow. Dużo przeszliście i współczuję.
    Milo 😘💗
    Jakże podobne miałam doświadczenia… Ale żeby odnieść się do wszystkiego to musiałabym chyba pisać do jutra. Napiszę więc tylko tyle, że przez to, co przeżyłam przy pierwszych porodach, i z uwagi na mój obecny wiek – Tamalugę rodziłam przez CC i w prywatnej klinice.
    W związku z powyższym, odniosę się tylko do jednego wątku, mianowicie karmienia piersią…..
    Są kobiety, które chcą karmić piersią i kobiety, które nie chcą. I jednym i drugim należy się szacunek i tyle! Ale jest jeszcze trzecia grupa, do której ja się zaliczam: kobiety chcące karmić piersią, ale niemogące! Moje starsze córki karmiłam długo. Myślałam, że i z Tamalugą pójdzie jak po maśle, ale niestety. Karmiłam ją ponad dwa miesiące. Dwa miesiące okupowane bólem i frustracją. „Doradczyni laktacyjna” patrzyła na mnie jak na wyrodną matkę. Dopiero po fakcie przyszło im do głowy zbadać dziecko i stwierdzić wędzidełko. A ja wkurzona, zmęczona i bezsilna, wyrzucając sobie, że to moja wina, przystawiałam ją właściwie bez przerwy. Zaowocowało to poważną chorobą piersi, o której nie będę nawet pisać, a która objawiała się tym, że przez 24 h wyłam z bólu. Nie wyłam, darłam się. Tomek biegał po aptekach, gdzie panie bezradnie rozkładały ręce twierdząc, że skoro wciąż próbuję karmić, to one nie mogą mi nic wydać. W końcu przyniósł jakieś cud- lekarstwo, może przystawił spluwę do głowy którejś z nich, nie wiem. Dopiero to podziałało, ale po takiej przerwie mogłam zapomnieć o karmieniu. No i, tak jak ty, napotykałam co chwilę jakieś durne teksty, wpisy i tak dalej, tworzone przez ludzi, którym do pustych łbów nie przyszło, że mogą kogoś zranić. W Rossmannie to samo – zniżka na mleko zastępcze od roku wzwyż, ale nie poniżej, bo „promują wyłącznie karmienie piersią”. Bóg jeden wie, jak się czułam. Aż się dziwię, że obyło się bez psychologa. Nagonka. To była nagonka na kobiety niekarmiące. Bez względu na to, z jakiej przyczyny…

    Polubienie

    1. Oj, współczuję Ci bardzo 😦 Wiem, że jest taka trzecia grupa, w sumie bardzo liczna, kobiet które z różnych przyczyn karmić nie mogły. Bardzo wiele spośród tej grupy w sumie nawet karmić by mogło, gdyby nie, znów, niewiedza, bądź bimbactwo personelu. W Twoim przypadku – nie wykryli w porę problemu z wędzidełkiem. Patrząc z perspektywy moich doświadczeń z Milem w tej kwestii – skandal. U niego to wyhaczyła pierwsza badająca go położna, w kilka godzin po porodzie. Po następnych kilku był po zabiegu (musiał wpierw być zaszczepiony przeciw żółtaczce). I życzę wszystkim, by w taki sposób to było wykrywane. I wiele innych wad/problemów, szczególnie takich, które przecież widać na pierwszy rzut oka. Z Damacjuszem mieliśmy dużo szczęścia, że mimo zbyt krótkiego wędzidełka jakoś sobie radził (aczkolwiek – przez nakładki, które kazano mi sobie kupić w szpitalu). I że trafiliśmy na świetną położną środowiskową, która od razu to zobaczyła i pokierowała nas do szpitala. W innym przypadku być może, podobnie jak u Ciebie, szybko by się nasza „mleczna przygoda” skończyła.

      To karygodne całą odpowiedzialność za niekarmienie piersią zrzucać na same kobiety, etykietować to jako ich widzimisię, lenistwo, czy co jeszcze. Znam ze swojego otoczenia też sporo kobiet, które nie karmiły z musu, choć bardzo chciały. Z braku odpowiedniego zaopiekowania przez personel medyczny, któremu chyba czasem – takie odnoszę wrażenie – wygodniej jest kobiecie wcisnąć do ręki butelkę, bo to nie wymaga żadnego instruktarzu, pomocy, poświęcenia czasu na rozmowę, dodatkowe badanie, zastanowienie się nad przyczynami problemów. A przecież, wśród mam karmiących dzieci butelką przeważają właśnie takie kobiety.
      I mogę sobie tylko wyobrażać jakie to musi być straszne nie móc, choć chcieć i jeszcze mierzyć się z niesprawiedliwym, zimnym, podłym, okrutnym traktowaniem jako wyrodną matką. 😔
      Choć i tu się z Tobą zgadzam – nikomu nic do tego kto jak zdecydował. Jestem jedynie za tym, by każda kobieta miała dostęp do rzetelnej wiedzy w tym temacie i do profesjonalnej opieki medycznej/laktacyjnej. By i decyzja była podejmowana świadomie, w oparciu o aktualną wiedzę, a nie mity i obiegowe opinie.

      No a inną rzeczą jest ten kolejny brak wiedzy wśród lekarzy i farmaceutów – co może stosować, a czego nie, kobieta karmiąca piersią/ciężarna. Bo wielu woli nie zapisać nic, niż doedukować się i poszukać czegoś bezpiecznego. Ciekawe, bo przecież w czasach wszechobecnego internetu taka wiedza jest dla nich na wyciągnięcie ręki…

      Polubienie

  6. Jak widać wszystko jest zależne od ludzi/ miejsca do jakiego trafimy. Żałuję, że nikt nie sprawdził tego wędzidełka, a mi nawet do głowy nie przyszło, że to jest to. Oczywiście od razu też wyjaśniło się wielowodzie w ciąży, dlaczego tej wody nie ubywało. No, ale wszystko po fakcie. Jedni mnie chcieli nakłuwać, inni w szpitalu zostawić do końca… Chyba w myśl zasady „gdy nie wiadomo co robić, to robi się cokolwiek”.
    Co do dostępności do informacji w internecie, to może właśnie dlatego wielu lekarzy wykazuje się ignorancją, albo – co gorsze- niechętnie dzieli się wiedzą, wychodząc z założenia, że pacjent i tak sobie sam wygugluje…

    Polubienie

  7. Aż oblał mnie zimny pot jak czytałam, że nie pozwolono Ci zostać z maluchem w szpitalu. Krzesełko dla matki świeżo po porodzie? Ludzie święci… Ja usiąść nie mogłam na łóżku, a co dopiero na twardym krześle 😲

    A tak w ogóle to cieszę się, że kobiety dzielą się swoimi historiami porodowymi. 💙 To bardzo cenna wiedza, szczególnie dla pierworódek.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Racja. Ale, tak jak zauważyłaś w swoim wpisie, wciąż istnieje pewne tabu dotyczące porodów. Jakby to był jakiś wstydliwy temat. W sumie zobacz – obie w swoich wpisach też przepraszamy za poruszanie tego tematu i ostrzegamy wrażliwych przed mającym zaraz nastąpić naturalizmem. A przecież to coś zupełnie naturalnego i powinno się o tym mówić – właśnie dla innych kobiet, by wiedziały nie tylko na co się nastawić, ale też czego oczekiwać i wymagać…

      A co do zostawienia dziecka samego – na pewno słyszałaś, co się w niektórych szpitalach zaczęło wyrabiać w związku z koronawirusem? Straszne 😦

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s