Święta z zaskoczenia. I chrzest. Bojowy.

Zbliżały się święta i Mariannę gryzło podskórne przeświadczenie, że coś chyba jeszcze miała zrobić. Że w ogóle coś planowała. Przygotować, czy upiec, czy zorganizować…? Coś jej jakby umknęło.

Zerknęła w kalendarz. Och. Święta były znacznie bliżej niż się spodziewała. Któż, u kaduka, ośmielił się jej skraść kilka przedświątecznych dni? Na oko z dziesięć?

– Policzmy – mruknęła pod nosem z rezygnacją w znużonym głosie.

Po pierwsze – chciała upiec serniczki dla dziecka. Takie z małą ilością cukru, a w zasadzie bez cukru w ogóle. W końcu też musi mieć dziecię jakieś świąteczne ciasto.

Po drugie – ach tak, miała stworzyć, wypisać i rozesłać kartki świąteczne. W wersjach dla rodziny, dla znajomych, dla ludzi, z którymi była w różny sposób związana zawodowo. Choćby elektroniczne.

Po trzecie – chyba deklarowała się obu matkom, tej rodzonej i tej mężowej, że zjawi się na święta z jakąś sałatką. Szlag, trzeba wpierw zrobić zakupy, nie ma do nich produktów. Do ciasta dla dziecka takoż.

Po czwarte – uważała, że wypadało by trochę posprzątać dom. Dobra, akcja świąteczna miała toczyć się nie w jej pieleszach, tym niemniej kiedy chatę ogarnąć, jak nie w przedświąteczny czas?

Po piąte – chyba zapomniała o prezentach. Zgoda, umawiali się, że ma prezentów nie być, ale skoro, jak wieść niosła, wszyscy się wyłamali, jak co roku, ech, to byłoby w jakiś sposób miło się odwdzięczyć choć symboliczną czekoladą…?

Po szóste…

– Pierdolę, idę spać.

Wszak najważniejszym przygotowaniem na święta jest być wypoczętym, gotowym do podjęcia intelektualnych dysput przy świątecznym stole. O polityce, na przykład. Albo o tym dlaczego jeszcze to dziecko, przepraszam cię najmocniej, karmisz piersią? Przecież ono ma już CZTERNAŚCIE miesięcy! I dlaczego jeszcze nie kupiłaś mu bucików? A czemu nie może zjeść czekoladki? Przecież to jest czekoladka specjalnie dla dzieci, o, zobacz, tu jest tak napisane na opakowaniu.

Nie, wbrew pozorom nie nastawiam się negatywnie, wręcz przeciwnie, nastrój mam niemal szampański. Choć przysypiający, faktycznie.

Długo nie pisałam, bom nie miała, o zgrozo, czasu. A jak się jakiś znalazł, to szłam spać, w zgodzie z zasadą, że lepiej jest spać godzin cztery niż dwie i pół. Niedomiar dorabiałam w dniach tak zwanych wolnych, więc zdarzało mi się pospać ciurkiem i godzin dziewięć, serio, całe DZIEWIĘĆ godzin, jak na przykład ubiegłej nocy. Nie, skłamałam, to nie było ciurkiem, a w około trzygodzinnych interwałach. Sądzę, iż wyszło mi to na dobre. Ilość przespanych godzin, nie interwałów.

– Nie tak miało to wyglądać – Matylda pokręciła głową z jawną dezaprobatą.

Czarna Pantera ziewnęła natomiast, gdyż jej, po prawdzie, z lekka zwisało, czy miało to wyglądać tak, czy też zgoła inaczej.

Było to stwierdzenie w sumie bez sensu, bo wszyscy zebrani w pokoju wiedzieli jak to miało wyglądać, znali plan i założenia wstępne. Po co więc stwierdzać na głos takie oczywiste oczywistości?

A więc zbliżają się święta. W sumie: Święta. Nastrój mam trochę mało świąteczny, mimo tych lampek zamontowanych przez dzielnego mojego i pracowitego męża pod sufitem, a to dlatego, jako się rzekło, że trochę mnie te Święta wzięły z zaskoczenia. (+ nie ma śniegu, a dla mojego wewnętrznego dziecka Święta bez śniegu to nie Święta przez duże Ś, a więc i mniej zauważalne są przez to).

Z zaskoczenia, gdyż byłam ostatnimi czasy bardzo pochłonięta i zaabsorbowana takimi ważnymi rzeczami jak adaptowanie się Damacjusza w żłobku i powrót do pracy. Z którymi to wydarzeniami wiąże się wywrócenie do góry nogami całego dotychczas wypracowanego rytmu dobowego. W kategoriach jakby bonusów od Losu udział wzięły: choroba Damacjusza, choroba moja oraz konkursy na Spoonflower, w których uparłam się wziąć udział. Ze skutkiem mało spektakularnym, niestety. Lecz nic to, każdy prawdziwy człowiek sukcesu wie, że początki bywają trudne i w tyłek kopiące.

Ale, ale, ja tak płynę i płynę, ale dopłynąć nie mogę, robię się powoli jak siostra teściowej, wplatająca w każdą historię dwadzieścia innych z przypisami, aż w końcu słuchacz doszczętnie traci wątek i już w jednej trzeciej gubi się totalnie w tym wszystkim i nie wie o co szło na początku. Jako że, jak zostało już kilkakrotnie powiedziane, zbliżają się Święta, chciałam zakonotować pewne wspomnienie. Nie tak odległe, bo chyba z okolic października, a może września, bieżącego roku. Ale związane z Kościołem, więc jakby w czas.

Chrzest. Bojowy.

Było to tak, że chcieliśmy, a w sumie to chcemy nadal, choć początkowy entuzjazm i wiara w możliwość nieco nam przygasły, ochrzcić Damacjusza.

Nie przyświeca nam tu jednakże jaśnista idea katolicyzmu, a abstrahując już od naszych osobistych wierzeń, w głównej mierze czysty pragmatyzm. W głównej, acz nie osamotnionej, zaznaczam, choć nawet gdyby i tak było, to w sumie wara innym od naszych pobudek.

Tak się bowiem składa, iż żyjemy w kraju o tradycjach głęboko zakorzenionych w chrześcijaństwie i jego obrządkach. Chrzest jak chrzest, ale już pierwsza komunia święta to wielkie wydarzenie w życiu małego dziecka i jego rodziny. I nie jest to spowodowane, moim zdaniem, przekonaniami dzielonymi w tej rodzinie, a wypływa raczej z grupy rówieśniczej, która dla dzieci w tym wieku jest istotnym czynnikiem środowiskowym. I tak jak danemu dziecku, w gronie rodzinnym, jest się, zakładam, w stanie wyjaśnić dlaczego akurat ono jedno z całej klasy do komunii nie idzie, tak już pozostałym dzieciom z rzeczonej klasy niekoniecznie musi być równie prosto wyjaśnić, że mają się łaskawie odpimpać od Twojej pociechy i nie wytykać palcami jako godnego pogardy bezbożnika, co prędzej czy później może jednak Twoją latorośl w jakiś tam sposób zdołować i podłamać.

Wychodzimy więc z mężem z założenia, że na tak młodym etapie życia wolimy Damacjuszowi oszczędzić bolesnego zetknięcia z potencjalnie mu grożącym ostracyzmem i dlatego też chcemy, by wspólnie z całą klasą mógł iść do komunii świętej. Ale, jak wiadomo, aby komunia w ogóle była możliwa, potrzebny jest wpierw chrzest.

I w tym momencie właśnie zaczyna się nasza wielka (acz bynajmniej nie wspaniała) przygoda.

Problem cały i ambaras w tym, że mamy z mężem ślub li tylko cywilny. Więc z perspektywy miłościwie nam panującego Kościoła Katolickiego, żyjemy nadal w stadle bezbożnym i ze wszech miar grzesznym, co w słowach dosadnych i chamskich wyłuszczył nam proboszcz naszej niegdysiejszej parafii. I że w takim wypadku chrzest Damacjusza jest niemożliwy. Zapytany o to, czy zamierza zatem karać niczemu niewinne dziecko i odmówić mu świętego, przez Boga nadanego sakramentu, za wybory rodziców, odparł, że nie mamy przeinaczać jego słów i on nikogo nie karze i nikomu chrztu nie odmawia (o?), a tylko przywołuje NAS do porządku. No tak, wszystko jasne. Damacjusz przecież może zostać ochrzczony, zero problemu, tylko najpierw jego rodzice muszą wziąć ślub kościelny. Ot, taki mały szantażyk, w myśl miłosierdzia bożego. Zastanawiam się tu, co by rzekł, gdybym była, dajmy na to, kobietą samotnie wychowującą dziecko, bo jej facet zwiał na samą wieść o ciąży? „Dam chrzest, jak znajdziesz tego gościa i przymusisz go do ślubu, bo inaczej to dziecię jest z grzechu zrodzone i w grzech się obrócić musi i kulę u nogi twojej?”

Uprzedzam biegłych w prawie kościelnym, że pogrzebałam trochę u wujaszka i wiem, że księża niby to muszą tak właśnie reagować – nawołując rodziców w grzechu żyjących do opamiętania i powrotu na ścieżkę prawości, bla bla bla. Co skutek przynosi raczej taki, że ludzie do Kościoła Katolickiego się zrażają (jak pisząca te słowa i jej mąż, na ten przykład, a wraz z nimi ich rodziny i znajomi, którym się pożalili). Co równie ciekawe, tenże sam Kościół podobnych obostrzeń nie stosuje u naszych zachodnich sąsiadów, o czym się dowiedziałam z opowieści tam żyjących naocznych świadków. Intrygująca to kwestia.

Myślę – a w sumie to myślałabym – już nawet, że a niech tam, dla dobra dziecka swego ukochanego weźmiemy ten ślub kościelny, choćby i bezpośrednio przed chrztem. Ale nie, nic nie jest takie proste, nie u nas, nie w Kościele Katolickim. Przecież muszą być odbyte nauki przedmałżeńskie, musi być koniecznie zaświadczenie! Dobra, załóżmy, że i to przełkniemy, a niech tam po raz drugi, to tylko kilka dni, a są i weekendowe kursy (na któren dumnie pojechałabym chyba z dziecięciem i koniecznie karmiła je piersią na żądanie, bo tak, bo złośliwa zołza, kurdę, jestem). Ale nie, nie w naszym konkretnym przypadku. Bo ja nie mam, choć z naszej dwójki, o ironio, jestem akurat bardziej wierząca w Boga (de facto: w ogóle wierząca) od mego nie uświęconego męża, ja, proszę państwa, nie mam bierzmowania! Ha, jakież to pokręcone, prawda? Długa to historia czemu akurat tak, dość wiedzieć, że maczał tu palce sam kościół z mojej ówczesnej parafii (z resztą ten sam, z którego proboszczem odbyliśmy tę jakże miłą pogawędkę na przełomie września i października) oraz tak zwany wyż demograficzny, pod jakiego wezwaniem miałam przyjemność się urodzić.

Bierzmowanie zaś to już nie taka bułka z masłem, tu nauki trwają i rok, a na takie zabawy to ja już nie mam ani czasu, ani chęci, wolę po stokroć czas ten spędzić na pomnażaniu swego majątku o kolejne miliony złociszy, tudzież bawić się z Damacjuszem i patrzeć jak rośnie w oczach i rozwija się w istotę myślącą i samoświadomą.

Alternatywy mamy obecnie dwie: jedna to zwrócenie się do rodziny/znajomych, którzy szczycą się możliwością „załatwienia” chrztu bez ślubu rodziców, bądź pozostawienie kwestii chrztu samemu zainteresowanemu, to jest poczekanie aż Damacjusz podrośnie i sam zażąda ochrzczenia jego szacownej osóbki, żeby, na przykład, móc razem z kolegami i koleżankami z klasy iść do komunii świętej.

Ach, warto tu nadmienić, że osoba, którą wybrałam na ojca chrzestnego i którą koniecznie widzę w tej roli… też nie ma bierzmowania.

[Motyw z „Różowej Pantery”.]

[Kurtyna.]

Reklamy

9 myśli na temat “Święta z zaskoczenia. I chrzest. Bojowy.

  1. No, to słuchaj (czytaj), kochana, jak to było u mnie.
    Gdy zdecydowałam się, że czas Tamalugę ochrzcić, przygotowywałam sobie grunt. Zaczęłam od zaproszenia księdza po kolędzie (czegoż nie czyniłam przez lata ostatnie), Tak się złożyło, że byłam sama. Wiktoria czmychnęła, jak Piotr niewierny, ucałowawszy mnie jak Judasz. Oliwia – i ty Brutusie…? A Tomek „nie dojechał” z pracy. Ostałam się ino ja i Tamaluga, podrygująca w łóżeczku w takt śpiewanej przez księdza i ministrantów, kolędy. Śmiech zdusiłam w zarodku, zachowując powagę. No i od słowa, do słowa, że chrzest, że ja bardzo, ale to i tamto. Tu zaznaczam, że „to i tamto” nie było taką błahostką. Jeśli wy nie macie ślubu kościelnego, to ja jestem w ogóle be, gdyż nie posiadam żadnego… Żeby dopełnić kompletu grzechów – nie miałam Ojca Chrzesnego dla małej, a Don Corleone był zajęty. Co lepsze – na Matkę Chrzestną przewidziałam moją 16 letnią córkę! Także, no.
    Grunt uszykowany w domowym zaciszu. Wstępnie.
    Ksiądz zapytał, czy chcę na święta wielkanocne. Chciałam.
    Do kwietnia miałam trochę czasu, więc wydrukowałam sobie potrzebne fragmenty Kodeksu Prawa Kanonicznego (mówiące o obowiązku udzielenia chrztu, i że siostra dziecka może być jego chrzestną) oraz przebieg chrztu. Byłam przygotowana.
    Poszliśmy do biura parafialnego tylko raz – zaklepać datę.
    Ponieważ zależało nam na samym sakramencie, a nie na imprezie – do kościoła weszliśmy z marszu. Ja, Tomek, Wika z chłopakiem, Oliwia, i rzecz jasna, Tamaluga. Tamaluga już biegająca, co mocno odróżniało ją od reszty niemowląt.
    Wyszłam z założenia, że jeśli się nie uda, to trudno. Nie planowaliśmy gości, imprezy, nikogo spoza rodziny, więc spoko. Finansowo nie traciliśmy nic.
    No i się udało. Tamaluga po prostu została ochrzczona. Ciekawostka: Tomek odpalał świecę za nieistniejącego chrzestnego (bo musi to zrobić facet). Ciekawostka2: Byliśmy jedyną rodziną wiedzącą co ma robić i mówić – Panie Boże, pobłogosław Internet i Drukarkę.

    Mam nadzieję, że i wam się uda. Bez spiny, bez nerw, a wszytko będzie dobrze.

    Polubienie

    1. Twoja opowieść dodaje otuchy 🙂 Co prawda mamy też wśród znajomych ludzi bez ślubu, którzy bez problemu pochrzcili swoje dzieci, ale w obliczu betonu z jakim sami się zetknęliśmy zaczęłam już na nich patrzeć jak na magiczne jednorożce 😉

      Polubienie

  2. Sama jestem chrzestną dziewczynki, której rodzice nie mają ślubu żadnego. Jedynym „warunkiem” księdza było,że chrzest miał być po mszy a nie w jej trakcie. Co ciekawe chrzestną zostałam ja, choć do Kościoła nie chodzę, bo kuzynka która miała pełnić tę rolę nie dostała potrzebnego zaświadczenia z parafii (o dziwo ona ślub kościelny ma, ale… nie przyjmuje kolędy i to dlatego). Czyli 3 różne parafie i 3 różne podejścia księży…
    Proponuję po prostu przespacerować się do innej parafii i gwarantuję, że znajdziesz taką, gdzie ani ślub ani bierzmowanie nie będą stanowić przeszkody…

    Polubienie

  3. Chciałabym napisać, że bardzo mi przykro z powodu tak pokręconej drogi do chrztu Damacjusza, ale obecnie wyję ze śmiechu haha 😀 😀 Nie dość, że styl pisania masz świetny, to jeszcze cały ten ŚMIESZNY i żałosny paradoks Kościoła mnie rozwalił na łopatki.

    Cieszę się, że w Anglii nie ma takich nacisków. Szczerze przyznam, że nie wiem, jak bym się zachowała będąc w Polsce: chrzciłabym i prowadziła do komunii? Nie wiem. Nacisk społeczeństwa i rówieśników, o których wspomniałaś, jest ogromny. Tutaj wręcz dumna jestem z tego, że mój syn nie został przypisany do żadnej religii.

    Co do przygotowań świątecznych: jak się skończyło? 🙂

    Polubienie

    1. A wiesz, dzisiaj został otwarty nowy rozdział księgi pt. „Chrzest”, pojawiło się światełko w tunelu.
      Moja siostra we Francji też jest wolna od takich nacisków i podobnie jak Ty cieszy się z tego, że nie narzuca dziecku żadnej religii. Mówi, z grubsza rzecz biorąc, że sama jej córka będzie sobie mogła wybrać jak dorośnie jaką religię, jeśli w ogóle, chce wyznawać. Najgorzej ma jak przyjedzie do Polski, zwłaszcza ze strony jednej z ciotek, która usiłuje nawrócić mą siostrę z obranej złej drogi 😉

      Co do przygotowań. Cóż… przede wszystkim to poszłam spać. Udało mi się zrobić sałatkę i sernik dla Damacjusza, na tyle duży, że potem go przez tydzień sama żarłam z bananami na ciepło, no bo przecież dziecka nie będę takim starym sernikiem częstować. A w ogóle, że był to specjalny sernik dla dzieci, bez cukru itede, to teściowa ze szwagrem po spróbowaniu go orzekli, że chyba się popsuł. Popsuł. Mój świeżo po nocach zrobiony sernik. Afront.
      Kartki świąteczne, elektroniczne, udało mi się zrobić na szybko i wysłać w samą Wigilię, gdy Damacjusz uciął sobie nadspodziewanie długą drzemkę na moich rękach. Spóźniliśmy się przez to do teściów.
      Dom pozostał nieposprzątany :>, natomiast prezenty (owe symboliczne czekoladki) kupił i popakował mój mąż. Więc, mimo mojego spania, na plus 😉

      Polubione przez 1 osoba

      1. Oj, ja też mam taką ciotkę. Nie wie chyba o tym, że mój syn nie jest ochrzszczony, ale już mi wystarczą jej wykłady nawracające mnie, również ze złej ścieżki, które słyszałam po moich randkach z chłopakiem- kusiłam diabła 😀 😀

        Sernik z bananami na ciepło? Ale że jak? Smażyłaś? 🙂

        Polubienie

        1. Widać takie ciotki muszą być w każdej rodzinie. Ktoś przecież musi stać na straży porządku i moralności 😉

          Sernik i banany kroiłam na kawałki i podgrzewałam w mikrofali. Na to lody, trochę puddingu z chia, mleczko zagęszczone z tubki i voila 😉

          Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s