Jak cukrzyca ciążowa mnie uratowała

Czarna Pantera poprawiła okulary na kocim nosie. Odeszła kilka kroków i przyjrzała się krytycznie nagłówkowi przekrzywiając głowę.

– Bardziej „klikalny” – orzekła w końcu – byłby tytuł „Jak cukrzyca ciążowa uratowała moje życie”.

Ann pokiwała głową.

– Tak, ale nie czułabym się chyba komfortowo z taką przesadą. Choć nie jest, oczywiście, wykluczonym, że i takie stwierdzenie w dłuższej perspektywie czasowej okaże się ze wszech miar słusznym…

Przyznać na wstępie muszę, że wpis ten planowałam popełnić jeszcze na długo zanim w ogóle zapadła ostateczna decyzja o założeniu bloga.

Czarna Pantera uśmiechnęła się pod nosem do owej „ostateczności” nadmienionej decyzji.

– Ostateczna to może być decyzja o dekapitacji więźnia, na ten przykład, bądź ewentualnie, choć też już trochę mniej, o nie dopuszczeniu tego obiboka Henryka Z. z drugiego roku kognitywistyki stosowanej do egzaminu z logiki. Bądź decyzja o wstąpieniu w związek małżeński, przynajmniej jeśli już się, w obliczu Boga i ludzi, powiedziało „tak”, i do czasu podjęcia ostatecznej decyzji o rozwodzie. Lub decyzja o kremacji dziadka, do wiadomego wydarzenia… Ale kwestia założenia bloga, jak zapewne przyzna to większość blogerów, to sprawa raczej związana z nogą, którą się danego dnia wstało z łóżka. Jej ostateczność jest więc labilna i efemeryczna, a zatem… nigdy nie ostateczna.

Q.E.D. 😉

A więc… (Och, Szanowni Czytelnicy, komuż jeszcze poloniści w szkole dzielnie kładli do głowy jak mantrę, że zdania nie zaczyna się od „a więc”? Otóż, drodzy poloniści, taki łokieć, taka figa, taki mak! Jak widzicie zaczyna się, i ziemia się nie rozstępuje, by śmiałka pochłonąć!).

[Czarna Pantera pochyla się w tym momencie nad czarnym swym kajecikiem, by czarnym tuszem parkerowskiego pióra wykaligrafować kolejne „Q.E.D.”]

A więc, wracając wreszcie do meritum, zanim widownia odpuści sobie spektakl, któren wszakże miał być o czymś zgoła, wierząc afiszom, innym, tworzę ów wpis w myślach, w formie pełnych uniesienia peanów, ilekroć wychylam ze smakiem szklankę źródlanej wody (dając wiarę etykiecie butelki), tudzież wcinam słusznych rozmiarów michę owoców. Ale po kolei, na owoce przyjdzie czas. Na owoce zawsze przychodzi czas, co również zostanie udowodnione.

Jakiś czas temu pisałam o tym, jak to życie, czy raczej Życie, postanowiło zweryfikować mój wesoły pogląd na, hm, klasyfikowalność stanu odmiennego zwanego ciążą jako jednostki chorobowej. By rzec w skrócie. I na skróty.

Ciąża, podobnie jak opieka nad dzieckiem i jego wychowywanie, czy karmienie piersią, należała do tematów, w których zaczęłam się na poważnie rozeznawać dopiero gdy mnie one bezpośrednio dotyczyły. Tak mam, a podejrzewam, że jest to przypadłość bardziej ogólnoludzka. Trudno być ekspertem we wszystkim, więc dopóki nie zaczniesz grać w tenisa świat kortów jest ci mało znany. Że posłużę się tak wyrafinowanym porównaniem. Co prawda, są też i ludzie, w liczbie zatrważającej niewinne serca tych pierwszych, którzy tematu nie zgłębiają nawet tkwiąc w nim, jak można śmiało przypuszczać, po przysłowiowe uszy. Czego dowodem jest choćby ta smutna plejada pediatrów, których niechlubną listę przekazaliśmy już z mężem do odpowiedniego człowieka z kodem kreskowym na potylicy. Ale o tym będzie innym razem. Na pewno będzie, bo żółć mnie straszliwa zalewa na wspomnienie kilku spotkań i ujście dać jej muszę, w seledynowy papier przestrogi dla świata, najlepiej, owijając.

Kiedy więc przy początkach ciąży edukując się na jakże światłym portalu babyonline.pl (bo na bezrybiu, wiadomo; zresztą bywają tam naprawdę merytoryczne artykuły. Grunt to nie zapuszczać się beztrosko na zbyt głębokie wody komentarzy, bo tam wiry przeraźliwe, a i Kraken się czasem jakiś nawinie) trafiłam na wzmiankę o cukrzycy ciążowej wzniosłam modły ku niebiosom, by i tej atrakcji nie doświadczyć. Modły musiały mieć niewłaściwą formę (przyznam, nie pisemną), gdyż nie zostały wysłuchane.

I tak oto, pod koniec drugiego trymestru, mniej więcej, na pokład mego zaciążonego jestestwa wkroczyła cukrzyca ciążowa. Jak ona się zmieściła z Damacjuszem, to nie wiem. Odchudziła go, chyba, co się jego organizmu, wbrew klasycznym ciążowocukrzycowym prognostykom, trzyma do dzisiaj.

Informację o wynikach badań wskazujących na cukrzycę odebrałam wówczas jak ponury wyrok. Pamiętam, że poryczałam się nad kartką z wynikami, jeszcze zanim zadzwoniłam przekazać je prowadzącej moją ciążę pani doktor, a później drugi raz po rozmowie z nią, w trakcie której poinstruowała mnie co teraz mam robić. A potem jeszcze kilka razy, bo to, prawda, takie straszne, krew w żyłach mrożące, a do tego kankana odstawiały sobie we mnie te cholerne ciążowe hormony. Cukrzyca oznaczała bowiem poważne zmiany w moim dotychczasowym, ehm, ciążowaniu. Jak wiadomo z wspomnianego wyżej jakiś czas temu popełnionego postu – swoiście beztroskim.

Oto nadeszły czasy ścisłego trzymania się dziwacznej diety, regularnych posiłków co trzy godziny, konieczności monitorowania poziomu cukru we krwi kilka razy w ciągu dnia i – jako wisienka na torcie – wizyt w poradni diabetologicznej dla ciężarnych (bo nie każda poradnia diabetologiczna zajmuje się cukrzycą ciążową) i najpierw cotygodniowego, potem dwa razy w tygodniu monitorowania ruchów dziecka na ktg (więc znów wizyty w poradni). Szybko z resztą okazało się, że najgorsze z tego wszystkiego są dla mnie właśnie te wizyty. Konieczność zmierzenia się z rutyniarstwem pracujących w przychodni położnych i lekarek, poddania się szpitalnej rzeczywistości, czyli numerki, czekanie na korytarzu, besztanie jak uczniaka, że się coś źle zjadło/za dużo przybrało na wadze/za mało przybrało na wadze/miało nie takie wyniki badania moczu/że dziecko znowu śpi na ktg („weź, dziewczyno, potrząśnij brzuchem/zrób sobie spacer wokół budynku/zjedz coś co ci cukier podniesie trochę”), znowu czekanie, straszenie („jak dalej będzie taki wysoki cukier na czczo, to będzie trzeba włączyć insulinę!”). Dość powiedzieć, że akurat rzecz, która z początku zdawała mi się najbardziej odstręczającą, a więc to ciągłe kłucie się w paluchy w celu zbadania poziomu cukru we krwi, okazała się w tym wszystkim rzeczą najmniej męczącą i upierdliwą.

No i cóż… stresu mi ta atrakcja dołożyła, nie powiem – w końcu gra toczyła się o zdrowie rozwijającego się we mnie Damacjusza. I z niebywałą ulgą po porodzie pożegnałam się z obowiązującymi mnie w ciąży zasadami. Na drugi dzień zażyczyłam sobie rogala marcińskiego, bo wreszcie wolno mi było spałaszować coś słodkiego. Inna rzecz, iż nie będąc jeszcze na etapie rozwiniętej edukacji laktacyjnej dałam się zwieść wybrakowanej, jak się znacznie później dowiedziałam, wiedzy położnej (też znalazła się na wspomnianej liście do Agenta 47), która orzekła, że mak i orzechy mogą zaszkodzić pijącemu moje mleko Damacjuszowi. Do dziś nie mogę przeboleć niezjedzenia wtedy tego rogala! Matko, jaką ja wtedy miałam na niego szaloną ochotę!

Dobrze – pytacie – ale gdzie w tym wszystkim ów tytułowy ratunek? Same marudzenia, smęty, utyskiwania, płakać się chce człowiekowi. Otóż, spieszę z wyjaśnieniem: te niespełna cztery miesiące innej diety sprawiły, że zaczęłam się dużo zdrowiej odżywiać. Zasadniczo… tadam! to już!

Wcześniej nie tknęłabym bez kilku łyżeczek cukru i chociażby cytryny wody źródlanej, która dzisiaj jest moim głównym napojem. Wcześniej jadałam niewiele owoców, bo mi – wstyd przyznać – nie smakowały, a dziś zajadam się nimi w pokaźnych ilościach. Zaczęłam przykładać większą wagę do tego co jem, a ów czas przymusowej diety sprawił, że chyba zmienił mi się smak i wszystkie te zdrowe rzeczy, które zjadam po prostu mi smakują.

Reasumując: było ciemno, było straszno, ale obróciło się na dobre. Miód, cud i orzeszki!

Oczywiście nie znaczy to, że chciałabym jeszcze raz przechodzić przez ten tragikomiczny maraton. Ot, po prostu znowu prawdziwymi okazały się słowa powiedzenia: nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

No i gites!

Reklamy

8 myśli na temat “Jak cukrzyca ciążowa mnie uratowała

  1. A więc 🙂 Doskonale Cię rozumiem 🙂 Spotkało mnie coś bardzo podobnego. Co prawda nie podczas ciąży, ale zwykłego odchudzania. Przeszłam na dietę mocno zmieniającą moje dotychczasowe żywienie i wiele wartościowych przyzwyczajeń utrzymuje się do tej pory. Przede wszystki właśnie woda 🙂 Owoce i warzywa również. Zaczęłam też bardziej zwracać uwagę na ilość kalorii w danej porcji, jak również na skład- jestem bardziej wyczulona na sztuczne skłądniki i ilość cukru.

    Polubienie

    1. Heh no cóż. Za mną też odchudzanie i też miałam nadzieje, że zmieni moje nawyki żywieniowe, ale nie ma lekko. Dalej kuszą mnie słodycze i słone przekąski. 😦 Jedyny nawyk jaki mi został, to słodzę kawe czy herbatę tylko jedną łyżeczką cukru i jak się napiję przez przypadek kawy Męża, który słodzi 2 to FUJ. No i zbyt słodkie i zbyt sztuczne rzeczy mi nie smakują. Kiedyś zeżarłabym wszystko co spotkam na swojej drodze. Teraz jak jakieś chemiczne ciasto sklepowe gdzieś napotkam, to nawet nie kusi. Ale chipsy to moja zmora. Nie potrafię sie im oprzeć choć to samo zUo 😦

      Polubienie

      1. E, raz kiedyś paczkę czipsów jak się pochłonie, to chyba nic się takiego nie stanie 😉 Myślę, że grunt to zachować zdrowy rozsądek. Stres wynikający z permanentnego odmawiania sobie drobnych przyjemności też raczej nie jest niczym dobrym.
        [Dlatego ja do michy owoców dorzucam sobie kulkę lodów i polewam to miłością mojego dzieciństwa – zagęszczonym mleczkiem z tubki 😉 Grunt, że są owoce – mówię sobie – nie dajmy się zwariować 😉 ]

        Polubienie

    2. O to, to – też zaczęłam wnikliwie badać składy jedzenia, unikać żywności nadmiernie przetworzonej. No, czasem trafią się jakieś lidlowe parówy, ale w charakterze wyjątku 😉

      Podejrzewam, że gdyby nie cukrzyca, to taki przełom by u mnie prędko nie nastąpił, bo zawsze byłam wrogiem wszelkich diet i odchudzania. W dużej mierze, jak sądzę, przez wrodzone lenistwo 😉

      Polubienie

  2. I to jest to czego się obawiam. Wszyscy mówią ‚Kiedy dziecko?! Zróbcie bobasa, hop siup i gotowe’! A ja właśnie należę do tych, którzy zgłębiają wiedzę zanim sprawa będzie bezpośrednio mnie dotyczyć, i wiem, że nie zawsze to takie proste, że wiele problemów i niepokojów może nas spotkać już na drodze ciążowej. I teraz się tylko zastanawiam, czy dobrze zrobiłam, że się naczytałam… 😉

    Polubienie

    1. Witaj 🙂
      Wiesz, przecież zdecydowana większość ciąż przebiega bez komplikacji. A wiedza… już się nie „odczytasz”, więc może przekuj ją w swój atut – wiesz, co może być, więc w razie czego będziesz wiedziała jak zadziałać, o jakie badania prosić lekarza prowadzącego, itp. Moja ciąża to raczej nie był sztandarowy przypadek. Może to wiek? Choć nie, nie sądzę – raczej przypadek.
      To jest trochę tak, jak z, na przykład, rajdem rowerowym – wiesz, że możesz przebić dętkę, zgubić łańcuch, przewrócić się i złamać nogę. Ale czy to znaczy, że lepiej nie brać udziału w rajdzie, o którym zawsze marzyłaś?

      Polubienie

  3. We wszystkim można dojrzeć pozytywy. Ja też byłam zmuszona z powodów zdrowotnych odstawić słodycze na 7 miesięcy, co było dla mnie katorgą. Wcześniej pół tabliczki czekolady dziennie to był mus, moja doza szczęścia. Po jakimś czasie zmienił mi się smak. Przerzuciłam się na owoce, a na przykład zwykły banan naprawdę zaczął mi smakować wybornie. Teraz znów mogę już wrzucać do swojego jadłospisu słodycze, ale zauważyłam, że dwie kostki czekolady to max – organizm się odzwyczaił 😉
    Pozdrawiam!

    Polubienie

    1. O to, to! To czym kiedyś się zajadałam teraz często mnie mdli. Zaś banany… Kiedyś uważałam, że to papka bez smaku, a dzisiaj dziwię się jakie to słodkie!

      PS. Witaj na moim blogu 🙂

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s