O czarnych porzeczkach na macierzyńskim

Czarna Pantera, z – jakżeby inaczej – czarnym marsem na czole, zasiadła nad nieskalaną bielą papieru. Takie są najstraszniejsze i najbardziej ponętne zarazem. Zagrało zaraz na niej ażurowe od zwieszających się nad stołem winorośli światło; rozbłysła kusząco i onieśmielająco jednocześnie.
– Psia dupa – westchnęła Czarna Pantera, gdy tylko poczuła na przedramieniu delikatny pocałunek ciepła słonecznych promieni. Tylko nie miłe ciepełko! Tylko nie myśl o błogim lenistwie, o szafirowych falach i bielutkim piasku!
– Co, nic z tego nie będzie? – rzuciła lekko Matylda przez ramię, wyfruwając właśnie z koszykiem w dłoniach przez otwarte na oścież tarasowe drzwi.
Czarna Pantera strzeliła laserem z oczu. W każdym bądź razie zrobiłaby to, gdyby umiała, jej mina nie pozostawiała co do tego żadnych wątpliwości.
– Na co ci ten koszyk? – zapytała cierpko.
– Czarnych porzeczek idę nazbierać, jeśli jeszcze kosy jakieś zostawiły na krzaczkach.
Aha. Czarne porzeczki. W ogrodzie są aż dwa rachityczne krzaczki. Owoców mają łącznie kilka na krzyż. Przynajmniej tak prezentował się ich stan przed paroma dniami. Ale są! Rosną dumnie zaraz obok dwóch krzaków porzeczki czerwonej, wtulone niemal w rozłożystą winorośl.

Jakże wspaniałe jest lato we własnym domu z ogrodem! Nawet jeśli co weekend zaprasza się gości na grilla, czy pod innym równie kuszącym podchmurkowym pretekstem, co okrada nas notorycznie z możliwości zrobienia wreszcie prania, rozpakowania wciąż na to czekających worków z ciuchami (tak, worków. Takich na śmieci), czy zwykłego bardziej dogłębnego posprzątania domu. W końcu, tłumaczę to sobie, to on jest dla nas, a nie my dla niego. Korzystamy więc, póki pora po temu jest odpowiednia. Póki dni długie i ciepłe, póki wakacje, póki chce się nam i tym, co do nas przyjeżdżają.

Cieszy mnie radość Damacjusza fikającego bosymi stópkami po trawie. Stópkami, dłońmi, kolanami. Póki jest jeszcze na czterech wnikliwiej studiować może to, co przyziemne, przytrawne, przygruntowe. Bada więc, ostrożnie stawiając kończyny, podnosi trawsko i liście jabłoni do ust, próbuje próbować. Bacznie przygląda się wszelkiemu robactwu, z niegasnącym, jak się zdaje – zachwytem chce ślamazarnie uchwycić w rączkę niepulchną pędzącego po kocu pająka. Niech biega, niech poznaje, niech buduje sobie odporność.

Co prawda, w czasach przeddamacjuszowych, w naiwnych, jak pokazała rzeczywistość, wyobrażeniach widziałam siebie na macierzyńskim malującą w ogrodzie podczas drzemki rzeczonej latorośli. Termin „urlop” w odniesieniu do macierzyńskiego nieustannie wprowadza w błąd wszystkich naiwniaków, ze mną na czele. To powszechna zaraza wśród bezdzietnych. Teraz tylko podśmiechuję się w duchu, gdy jakiś nieświadomy życia znajomy mówi, że skoro jestem na macierzyńskim, to mogę wykorzystać ten czas na jakieś płatne zlecenia. Wykorzystać ten czas! Czas to ja mogłam wykorzystywać po pracy na etacie, jeszcze przed etapem powiększania rodziny. Teraz to ja czasu de facto nie widuję. Zdarza się, przebiega czasem (nomen omen) koło mnie, gdy w wózku po lesie wożę swego blond młodzieńca, objaśniając mu mijane dziwy („o, widzisz, tu jest lampa, la-mpa, a tu auto, a tu kolejne, a tam skrzeczy sójka, só-jka, a tu sąsiadka, są-sia-dka”). Czasem kłania mi się, kiedy gonię blond młodzieńca z pieluchą po pokoju, gdy on nie widzi potrzeby jej zakładania, a ja owszem, a ja tak. Bywa, że puka się wymownie w czoło, kiedy położywszy blond młodzieńca do łóżka koło dwudziestej pierwszej, po bagatela dwóch minionych godzinach spędzonych na karmieniu i nuceniu czegoś na modłę „a a a kotki dwa”, bądź ostatnio częściej „z popielnika na Wojtusia”, do której to kołysanki już nawet wymyśliłam kilka nowych zwrotek, sama powoli zbieram się do spania. Tak więc, choć zostały spełnione dwa główne warunki, a zatem mamy własny ogród oraz jestem na, hłe hłe, urlopie macierzyńskim, to o dziwo nie maluję. Ani nie podejmuję się żadnych płatnych zleceń.

Za to zdarza się, że nazbieram trochę porzeczek. O ile zdążę przed kosami.

Reklamy

4 myśli na temat “O czarnych porzeczkach na macierzyńskim

  1. Nigdy wcześniej o tym nie myślałam, ale masz rację! Powinno się zmienić nazwę urlopu macierzyńskiego!! Tylko na co?
    Okres macierzyński? Zmagania macierzyńskie?

    Dziękuję za świetne wizyty u mnie! 🙂

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s